Bajki

Czerwony Kaptur

Kaptura obudziło nagłe dźwięczenie. Przez chwilę zastanawiał się o co kaman. Dotarło do niego po chwili, że to Bachu leci. Jeszcze przez moment delektował się wylegiwaniem. Tym bardziej się wylegiwał, że dotarło do niego, że tego dzwona ustawił na budzenie.  „Ta, to już” pomyślał sobie i wstał. Luźnym krokiem zaszedł do wuceta. Odkręcił wodę i zmył paprochy z oczu. Przeczesał brodę. Nie żeby był jakiś Janiak albo inny metroseks, ale nie lubił jak mu się coś w oku gnieździło albo włos kręci nie tak jak trzeba. I do tego foczki krzywo patrzyły na kolesi z paprochami.  A Kaptur nie lubił jak foczki krzywo patrzyły, bo to były kolejne godziny nawijki i kasa na driny. Jak nie musiał to nie lubił puszczać szmalcu bez potrzeby.

Stanął przed szafą. Zaczął się zastanawiać czy Najki czy Ribok. Najki, Ribok, Najki, Ribok … W końcu sięgnął po bluzę Najki. Z kolorem nie miał problemu, bo wszystko było czerwone. Nie bez powodu ziomy wołały go Czerwony Kaptur. Z resztą było już łatwiej, bo jak łyżwa jest, to łyżwa musi być wszędzie. Skompletował się, rzucił okiem w lustro. „Jest spoko. Daję radę. Jak zwykle ” pomyślał patrząc na swoje odbicie.
Sięgnął po plecak i zaczął pakować do niego to co trzeba. Musi trochę podkręcić tempo, bo Babcia nie lubił czekać. Sie spóźni i znowu będzie kazanie, że nie ma szacunku dla czasu. A czas to pieniądz, a pieniądz … i tak takie tam pi2pi. Skończył pakowanie, przypominał sobie, że ajfon został koło łóżka. Jeszcze raz rzut oka w lustro. „Jest ok. Lecim na Szczecin” pomyślał i wyszedł z chaty.

Na dworze ziąb dawał czadu. Aż dżiny same sztywniały. „Kurna trzeba kupić jakiś pojazd, bo ileż można tak szłapcugiem dymać. To już nie dla mnie” przemknęło mu przez głowę. Wyszedł z osiedla i wszedł w las. Las, jak las. Przysypany śniegiem. Wokół walały się flachy, kiepy. Widać było, że pogoda nie odstraszała za bardzo amatorów impry w plenerze.
Szedł spokojnie, ale szybko. Lubił leźć we własnym, takim podkęconym tempie. Wyciągnął z kieszeni słuchawki i zapodał muzę. „Ta, jest kul i w ogóle” ocenił rzeczywistość. Nagle gdzieś coś dotarło do jego uszu i jakoś nie pasowało do kawałka, który leciał. Spiął się z lekka i zaczął nasłuch.
– Cześć ładniutki – usłyszał wyraźnie. Obrócił się w prawo i lekki dreszcz przeleciał mu po karczychu. To była ona. Ona znaczy się Wilka. Nie przepadał za nią. To był niezła foczka, ale miała trochę poryte pod czachą. Ziomy mówiły, że lubi twarde gierki i że sypia z ganem. Poczuł, że będzie jakiś kłopocik.
– No sie ma Wilka. Sorki, ale jestem na niedoczasie. Kolnij do mnie jutro – odpowiedział na jej powitanie. Machnął ręką i szedł dalej.
– Oki handsome. Rozumie sie, że dymasz do Babci? No to nie będę Cię blokować – rzuciła z dziwnym uśmiechem Wilka.

Kaptur stwierdził, że nie ma się co rozczulać, tylko trzeba lecieć bo czas to czas.
– Si ju lejter – rzucił jeszcze raz do Wilki i ruszył dalej.
– Si ju … Olivier – odpowiedziała Wilka żartobliwie. Wiedziała, że go wkqrvia, gdy porównują go do Janiaka. Bo co, bo dba o siebie? No i kij. Dba i będzie dbał, do końca galaktyki i jeden dzień dłużej. Wolno mu.

No dobra koniec ślimaczenia, czas podgonić. Poprawił plecak i wrzucił lekki trucht podkręcając muzę. Kiedyś uważał, że bieganie jest nudne i nadal tak uważa. Zdał sobie jednak sprawę, że gdy zaczyna biec to walczy ze swoją słabością a do tego mózg mu się wietrzy. I jakby zaczynał pracować lepiej. Na innych obrotach. Jakby był na haju. Może to te całe endorfiny tak dają kopa. Może. Kiedyś trzeba to przeanalizować.

Wilka patrzyła jeszcze chwilę na plecy biegnącego Kaptura. „To całkiem fajny kolo. Byłoby całkiem okej budzić się koło niego” – pomyślała. Spojrzała jeszcze raz, uśmiechnęła się do swoich myśli, obróciła i ruszała do motocykla. Nie wiedziała czemu, ale jakaś kobieca [sic!] intuicja mówiła jej, że warto być u Babci nim dotrze tam Kaptur. Założyła kask, dopięła kurtkę i ruszyła dostojnie. Uwielbiała ten moment startu, gdy motocykl zaczynał się toczyć coraz szybciej a pęd powietrza zaczynał ją otaczać.

Kaptur przyśpieszył, ale tak tylko trochę, żeby się nie spocić. Nie trawił, gdy musiał gdzieś wejść lub coś zrobić, gdy był spocony. I już. Po jakiś 30 minutach biegu przez las zobaczył domek Babci. „Babcie chyba pogięło, gdy z uporem maniaka kazał wszystkim mówić domek na swoją rezydencję.” – przemknęło mu przez głowę -„ Qfa, nazwać domkiem chatę, która ma z 500 kwadratnych metrów mógł tylko ktoś taki jak Babcia”.
Babcia to … Babcia. Taka na serio to nikt nie miał pojęcia skąd się Babcia wziął. Po prostu pewnego dnia przyjechała ekipa budowlana, otoczyli wysokim na 4 m płotem z 2 hektary i zaczął się młyn. Przez 24 godziny na dobę, przez 7 dni w tygodniu, przez 6 miesięcy zasuwała tam jedna wielka budowa. Aż któregoś dnia płot zniknął i oczom ciekawskich ukazała się ogromna parterowa chata oraz zajefany ogród i lądowisko dla helikoptera.
Kaptur poznał Babcie całkiem przypadkowo. Po prostu dorabiał sobie jako kurier i kiedyś zdarzyło się, że jakaś paczka była akurat do Babci. A, że akurat Kaptur do każdego klienta podchodził jak do siebie, czyli starał się dostarczyć paczkę tak, żeby klient był heppi, to zyskał przychylność Babci. I jeszcze dostał parę groszy. I tak było za każdym razem, gdy dostarczał paczki do Babci, a było to w najgorszym razie raz w tygodniu. Umówili się, że jak to jest jedna paczka i przychodzi w czwartek, to Kaptur przynosi ją w sobotę. Właśnie tak jak dzisiaj.

Co ciekawe, to wokół nie było żadnego płotu. Od razu pojawiło kliku cwaniaczków, którzy mieli ochotę na włam. Okazało się jednak, że to nie takie łatwe. Terenu strzegł jakiś super haj tech system. Ci którzy odważyli się na przekroczenie umownej granicy dostali strzał czymś jak elektryczny pastuch. Na tyle skuteczny był, że nie mogli się ruszyć przynajmniej przez parę godzin. Po kilku próbach zakończonych podobnie nie pojawił się nikt chętny. No raz był taki jeden, co stwierdził, że przeskoczy na tyczce. Glebnął aż ziemia zajęczała.

Kaptur podbiegł bliżej, zatrzymał się i powiedział głośno
– Jestem Czerwony Kapturek, idę z koszyczkiem do Babci.
Takie hasło wymyślił kiedyś, kiedy Babcia ogólnie wyjaśnił, że jego tzw. strażnik domu nawala do wszystkiego co przekroczy granicę. Jedyną szansą na to aby nie oberwać jest poddanie się identyfikacji. To jakaś biometria głosowa czy coś w tym rodzaju, w każdym razie trzeba wypowiedzieć wcześniej ustalone hasło.
Kiedyś go bawiło, teraz czuł się, że to raczej obciach. Straszny suchar do tego.

Zapiszczało i usłyszał głos, brzmiący jak ten Lord Vader ze „Star warsów” mówiący ten tekst o byciu ojcem
– Jestem Twoim Babcią, wejdź Kapturku.
Poprawił plecak i ruszył w stronę domu. Podszedł do drzwi. Żeby je otworzyć trzeba było spojrzeć w taką „dziurkę” i powtórzyć tą samą kwestię wypowiadaną przed wejściem do na teren.
Kiedy przybliżył twarz do systemu identyfikacji, poczuł, że coś jest nie tak. Właśnie tak, poczuł, jak baba jakaś. Że niby intuicja. Srycja. Ale tak było. Odsunął się od ściany i zobaczył, że drzwi są niezamknięte. „Niemożliwe – pomyślał – Babcia nigdy nie pozwoliłby sobie na to, że drzwi były otwarte”. Nawet, gdy wychodził przed dom i rozkładał się na leżaku z łyskaczem w ręku, to drzwi zamykały się. Mówił, że to na wszelki wypadek, gdyby komuś przyszło do łba, że jak on jest na zewnętrznej w pobliżu, to można szybko wskoczyć do chaty i coś skroić.
Luknął dookoła, lekko pchnął ręką drzwi i … czekał. Nic. Cisza. Pchnał mocniej, tak aby walnąć czyjąś facjatę, gdy ktoś był za drzwiami. Nadal nic. Drzwi pozostały otwarte. Wyciągnął z kieszeni gaz i szybko wszedł zamykając drzwi i celując w miejsce, gdzie ktoś mógłby stać. Nic.
– Hej, to Ty Kaputr – usłyszał głos … Babci. 
Dobiegał z góry. Chyba z sypialni Babci.
– Zamknij drzwi. Czekam na ekipę, coś się spierdoliło – kontynuował Babcia.
– Ok. Już zamykam i idę do Ciebie – rzucił Kaptur rozglądając się dookoła. Ale nic więcej nie wzbudzało jego niepokoju.

Zamknął drzwi na klucz w zamku, sprawdził czy na pewno są zamknięte i zaczął iść na górę. Wspinał się po schodach nadal rozglądając się. Gazu nie schował, tak na wszelki wypadek wyciągnął takie figlarne cukierki, które kiedyś kupił od chłopaków z bazy NATO. Kiedy ścisnęło się zębami strzelały gazem, tak na 3 metry. I robiły niezły rozpierdziel. Już parę razy próbował. Fakt, za pierwszym razem żygał jak młody kot, bo nie otworzył dobrze paszczy i część gazu wciągnął. Nauczył się też, że warto w nos wsadzić, takie specjalne, też armijne, filtry, które pomagały przetrwać do 15 minut w gazie. Tak też zrobił teraz. Tak przygotowany wszedł do sypialni Babci. I … zaraz za drzwiami stał Babcia!
– Cześć Babcia – rzucił przyglądając się uważnie – Czemu masz takie wielkie oczy?
– Bo strzeliłem sobie krople, żeby mi nie uschły jak się będę długo gapił, aż przyleziesz – rzucił radośnie Babcia.
– Ale czemu masz takie białe zęby – już lekko wyluzowany rzucił Kaptur.
– Właź, a nie wciskaj mi tu bajek z brodą – rzucił Babcia i się odsunął.
Kaptur wszedł dalej i … zdębiał. Zobaczył na łóżku rozciągniętą Wilkę. Przypięta kajdankami leżała bez ruchu. Na twarzy widać było, że Babcia zdążył jej parę razy przyłożyć.
– Babcia, o co kaman? – zapytał.
– Spoko Kaptur, dzisiaj jest święto! – rzekł Babcia – święto lasu, hi hi hi.
– Ty, no daj spokój co ona ci zrobiła – zapytał Kaptur.
– Jeszcze nic, ale chciała, bardzo chciała – powiedział Babcia – ta durna ci.. jest gliną, psem.
– Że co? – zdębiał Kaptur – Ale co nam do tego?
– Co nam do tego?! Co nam do tego?! – vqurviony wrzeszczał Babcia – A no to, że to dzisiaj właśnie mieliśmy odebrać tonę towaru, a ona tu przylazła i zaczęła nawijkę, że jak oddam towar, to załatwi mi krótką odsiadkę. Kur.., oddam towar! Pogięło ją normalnie. Się z dupą na rozum zamieniła.
– Jaki towar? Babcia co ty nawijasz? – powiedział lekko spietrany Kaptur.
Oczami wyobraźni już widział setki paczek białek proszku, pełno kolumbijczyków czy jakiś innych kubańczyków, czy cholera wie jakich-czyków.
– Dilujesz prochami?! – zapytał głosem, z którego wiało takim chłodem i spokojem, że Syberia przy tym to Sahara. Aż sam się zdziwił.
– Jakimi prochami? Poj…ło cię Kaptur? – rzucił Babcia – Czy ja wyglądam na jakiegoś fagasa z wenezuleskiej lav story?! Kasa, czysta kasa. To się liczy. Dzisiaj przyjeżdża tu tona cholernego franka. Szwajcarskiego franka. Prawie oryginalnego. Zmieszany czy wstrząśnięty?
– Po kiego grzyba ci tona franka?
– Po tego grzyba, że można na tym nieźle i to bardzo nieźle zarobić. Tu leszcze nabrały tych kredytów wierząc w stałą miłość franka do Polandi. Tak więc stwierdziłem, że jak będę opychał je ciut ciut taniej, to będzie szło jak woda. I jeszcze jedno doszło. Normalnie, jak wygrana w lotto. Słyszałeś, że pierdolone scyzoryki bankowe tak se wymyśliły, że uwolnią kurs tego franka. I franciszek poczuł taki wiatr w plecy, że poszybował w okolice 5 zyla za jednego siebie! Ja szykowałem to jeszcze wcześniej, gdy franio było wysoko, ale nie było to takie himalaje, jak teraz. A skoro mam farta, to tym bardziej nie pozwolę tego spierdolić jakiejś dziuni – wyłożył w tempie dobrego rapu Babcia.
– Ale co chcesz z nią zrobić? – zaciekawił się Kaptur.
– Zrobię jej 50 twarzy greja – zaśmiał się Babcia – kiedyś to się mówiło, że zrobię ci z okolic pleców jesień średniowiecza, ale ja też muszę być bardziej trendy. A potem no normalnie killim ją i nie ma sprawcy.
– Chyba Cię pogięło Babcia! – wrzasnął Kaptur – Przecież Cię kurna namierzą w kilka dni i zapuszkują.
– Nie pierdol – rzucił Babcia – pomagaj! Dostaniesz tyle, że do końca życia nie będziesz musiał nic robić!
Babcia wyciągał za pleców guna i machnął nim w stronę Kaptura. Ten poszedł do łóżka, na którym leżała Wilka.
– No dobra, ściągaj z niej ciuch – powiedział Babcia
– Ale po cholerę chcesz jej coś zrobić? – zapytał Kaptur.
– Bo k… tak – rzucił wesołym tonem Babcia – bo k… tak.
Babcia machnął gunem w stronę Kaptura, który spojrzał na niego. Kaptur przyjrzał się raz jeszcze pomieszczaniu, ocenił odległość i strzelił z cukierka w stronę Babci. Wiedział, że Wilka dostanie rykoszetem, ale trudno. Pośpi, porzyga się, ale będzie żyła.
Pokój zadymił się, Babcia zachwiał się na nogach i coś tam zaczął bełkotać pod nosem. Kaptur zrozumiał tylko coś w stylu „Też cię zagazuję gnoju”.
Nagle poczuł, że chyba coś nie tak z jego filtrami, bo chyba kręci mu się w głowie. Popatrzył w górę. Spod sufitu sączyła się żółtawa mgła. Tyle pamiętał.

Gajowy jechał na czele kolumny samochodów. Już wcześniej zgubił sygnał Wilki, więc nie czekając na nic dał znak do wjazdu na teren rezydencji Babci. Wiedział coś tam o zabezpieczeniach, ale nie widział czy ktoś próbował już wjechać w opancerzonych Hammerach. Coś zaczęło w nie walić.
Pięć aut wjechało na podjazd, najbliżej jak się dało chaty Babci. Wyskoczyli kolesie, którzy rozwalili wejściowe drzwi. Gajowy wbiegł do środka i zaraz wybiegł
– Maski, qr…, załóżcie maski – rzucił do kolegów.
Wyciągnął maskę spod kurtki i wbiegł z powrotem. Coś mówiło mu, że trzeba lecieć na piętro. Zaczął przeszukiwać pokoje. Za pierwszymi drzwiami była łazienka, Za drugimi sypialnia. Zobaczył na podłodze trzy osoby.
– Na górę! Drugie drzwi po prawej – wrzasnął – szybko! Wszyscy!
Sam zaczął wyciągać Kaptura z pokoju, gdy wpadli inni. Szybko wzięli Wilkę i Babcię. Wynieśli ich na zewnątrz. Za chwilę zabrały ich R-ki.

Tydzień później Kaptur wychodził ze szpitala. Przed wejściem czekali Wilka i Gajowy.
– Idziesz na browara? – zapytała Wilka.
– Idę. Jak nie jak tak – odpowiedział Kaptur.
15 minut później siedzieli w pubie „Baykovo”.
– To żółte coś, co mi wyłączyło film, to co było? – po chwili zapytał Kaptur.
– Nie wiemy jeszcze, badamy – odpowiedział Gajowy – ale wygląda, że jeszcze chwila i dostałbyś wizę do innego świata.

– Co ten Babcia kombinował? – zapytał Kaptur, kiedy już wszyscy w milczeniu opróżnili pierwszy kufel.
– To był jeden z lepszych numerów świata – powiedziała Wilka – wpadliśmy na to tylko dlatego, że jego poprzednia dziunia, wkurzona, że zostawił ją w Paryżu z kasą tylko na rok życia na poziomie, dała cynk, że Babcia szykuje jakiś super przewał.
– I gdyby mu to wyszło – dodał Gajowy – to miałby w garści wszystkie banki w Polandii i wszystkich frankowiczów. W ciągu paru lat wprowadziłby do obrotu jakieś parę miliardów prawie-franciuszków. A jak sam wiesz prawie robi różnicę. A tu różnicę wziąłby Babcia.

Di end

Be Sociable, Share!

2 thoughts on “Czerwony Kaptur

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *